Ratuj Głuszca
brak-podgladu-600

„Życie jest darem: od nielicznych dla wielu; od tych którzy wiedzą i mają, dla tych którzy nie wiedzą i nie mają”.To jeden z najsłynniejszych aforyzmów. Czyjego autorstwa? Oczywiście Amadea Modiglianiego, artystycznego reformatora i buntownika. Człowieka z obliczem równie tajemniczym i zwodzącym co jego dzieła. Z pozoru tchnące lekkością, niestarannością, a nawet posądzane o banał, w środku aż kipiące emocjami i wnikliwą analizą. Bo nikt tak jak Amadeo Modigliani nie potrafił uchwycić duszy człowieka i przenieść jej na płótno. Dzięki czemu postaci z jego obrazów odporne na upływ czasu porażają swą żywotnością. Geniusz i inspirator czy alkoholik i dandys. Kim naprawdę był Amadeo?

 

Czytając biografię tego niezwykłego twórcy niemal można go dostrzec przemierzającego uliczki Montmarte w jednym z tych bladych popołudni. Ma na sobie sztruksową kurtkę (prezent od Picassa ) czerwony szalik przewiązany wokół szyi oraz kapelusz z szerokim rondem. Jak zwykle nieskazitelny, ubrany z niezwykłą starannością, przykuwający uwagę, hipnotyzujący, a zarazem tak odpychający, nigdy nie przestający fascynować Modigliani.

 

Jaki był? Według opinii świadków Amadeo niczym nie przypominał XX wiecznych artystów z francuskiej bohemy. Niezwykła uroda, jakie mogą dać tylko włosko – żydowskie korzenie, ponadprzeciętna dbałość o szczegóły garderoby, jak na tamte czasy był klasycznym modnisiem, dandysem, do przesady dbał o własny wygląd, co w środowisku malarzy skupionych na wygodzie, a nie na trendach musiało wzbudzać kontrowersje. Golił się dwa razy dziennie, z racji gęstego zarostu.

 

Ta poza wraz z burzliwym charakterem nie przyciągała sympatyków. Gertruda Stein, słynna opiekunka malarzy, chętnie wspomagała ówczesnych artystów przychylnymi recenzjami podtrzymując też zażyłe przyjaźnie, ale Modi działał jej na nerwy, wydawał jej się próżny i nietaktowny. Zresztą ze wzajemnością. Nigdy nie potrafił udawać, że kogoś darzy sympatią. Pod tym względem był niekwestionowanym nonkonformistą. Zresztą ta bezpośredniość uzupełniona brakiem dyplomacji jeszcze wielokrotnie pakowała go w kłopoty, a w tych akurat bywał dość często.

 

Intelektualista i ekscentryk. O swoich dziełach mówił rzadko, albo prawie wcale w przeciwieństwie chociażby do Picassa, chłodnego, opanowanego ogarniającego umysłem sztukę, trochę mu zazdrościł, nie tylko talentu, ale tego, że umiał połączyć pasję z praktycznym podejściem, nigdy jednak nie próbował go naśladować. A mógł. Mógł dołączyć do kubistów, tworzyć figury jak Braque, konstrukcje jak Léger, ale nigdy tego nie zrobił. Szedł pod prąd wypracowując własny, niepowtarzalny styl, w którym piękno miesza się z brzydotą, realizm ze snem, miłość z obłędem. Sztuka prymitywna z afrykańskim akcentem. Właśnie te charakterystyczne deformacje sprawiły , że dzieła te, tak oryginalne odznaczały się na tle dzieł innych artystów, podczas gdy wielu malarzy swój styl kreowało przez kopiowanie wielkich mistrzów.

 

Modi. Agresywny, niewolnik absyntu i haszyszu. Wszystkie zarobione pieniądze „przepuszczał” na używki. Mówią, że nikt nie widział go trzeźwym, ale to tylko kolejny mit wytworzony wokół jego osoby. W rzeczywistości niemożliwym byłoby malowanie tak prostych linii w stanie amoku.

 

Prawdziwy buntownik i esteta. Zaciekawiony filozofią, poezją i psychologią. Zresztą sam zdradzał naturę psychologa. Bezbłędnie rozszyfrowywał osobowości, rozkładając je na elementy układanki, która ukazuje się dopiero po absolutnym wniknięciu w jego twórczość. Choć z natury nie miał cierpliwości do ludzi jako prawdziwy egocentryk skupiony na własnych emocjach w rzeczywistości był nieśmiałym, nieustannie poddającym wątpliwości własny talent młodym mężczyzną.

 

W zasadzie życie przeżył w nędzy i nie dlatego, że brakowało mu funduszy, choć na ich nadmiar nie mógł się skarżyć, ale głównie przez swoją rozrzutność. Zarobione pieniądze wydawał na absynt, ekskluzywny alkohol, który wówczas miał równowartość obfitego posiłku w restauracji, resztę trwonił. Fakt, że długo nie sprzedawał żadnych obrazów, pomijano go na wystawach, a kilka w ogóle nie doszło do skutku co też nie było bez znaczenia.

 

Tylko determinacja i upór pozwalały przetrwać ten bezwzględny czas, do końca wierząc w potęgę swojego talentu nie pomylił się, ani trochę. Szkoda jednak, że doceniono go tak późno, o wiele za późno… W 1916 poznał Leopolda Zborowskiego mecenasa sztuki i poetę, również żydowskiego pochodzenia, właśnie on zorganizował Modiemu studio przy Rue de la Grande Chaumiere, łączyła ich dozgonna przyjaźń.

 

„Chcę żyć krótko, ale intensywnie” mawiał. I faktycznie, żył tak jak postanowił. Nie oszczędzając się na zdrowiu i nie dbając o postronne opinie. Organizm z niezwykłą zdolnością regeneracji innej osobie – chorej na gruźlicę (!) już dawno odmówiłby posłuszeństwa – ale nie jemu. W nędzy, w głodzie, stresie borykał się z duszącym kaszlem, ale nigdy nawet na chwilę nie przestał tworzyć. Prawdziwą miłością darzył rzeźbę, jednak stan zdrowia, ani portfela (wysokie ceny kamienia) nigdy nie pozwalał mu na całkowite oddanie się tej dziedzinie.

 

Kochał kobiety tak jak i one kochały jego. Jednak pierwszą kobietą, którą obdarzył prawdziwym uczuciem była Beatrice Hastings, angielską dziennikarką i poetką. Związek trwał dwa lata i należał do najbardziej burzliwych w jego życiu. Temperamentna, zbuntowana feministka dominowała nad Modim. Była jedyną osobą, która wzbudzała w nim respekt. Pomimo niekończących się sporów, podczas których dochodziło nawet do rękoczynów, na zawsze pozostała największą miłością malarza.

 

Pomimo licznych związków, przelotnych romansów w 1917 spotkał bratnią duszę. Jeanne Hébuterne 19 letnia studentka i malarka, nieśmiała, introwertyczna i tajemnicza. Jakie przeciwieństwo krzykliwych kobiet towarzyszących mu do tej pory. Dosłownie postradał zmysły, a ona zapatrzona w niego bezkrytycznie porzuciła dom oddając mu w ręce własne życie. To było prawdziwe przeznaczenie, Modi młodą, ale jakże dojrzałą już osobę odkrywał z każdym dniem na nowo. Małomówna dziewczyna, z zewnątrz krucha jak kryształ, w środku twarda jak skała już do końca pozostała dla niego nieodgadnioną zagadką. Po jego śmierci, pomimo zaawansowanej ciąży Jeanne nie mogąc przeżyć chwili bez Amadea popełnia samobójstwo. Jej życie było misją, bezgranicznym oddaniem dla Modiego. Kiedy go zabrakło i jej misja dobiegła końca.

 

Zaprzyjaźniony z Maurice Utrillo wybitnym malarzem wedutowym i alkoholikiem cieszącym się złą sławą dorobił się niekorzystnej opinii na swój temat. Szczerość, bezpośredniość zarówno w życiu jak i w kontaktach z ludźmi nie wzbudzała entuzjazmu, ludzie nie lubią słuchać prawdy o sobie, a Modi tę prawdę wyrażał zawsze. Jedynie malarstwo było sacrum, tabu, które na zawsze pozostanie już nieodgadnione. Choć cechowała go pycha i egoizm wzbudzał szacunek. Koledzy artyści w jego dziełach odkrywali ogromny talent.

 

Oczywiście Modiemu nie brakowało wrażliwości. Ktoś jej pozbawiony nie mógłby tworzyć tak emocjonujących dzieł, nie tylko cechowanych gwałtownością, ale i uczuciem. Widać, że z każdym modelem był głęboko związany, każdy był dla niego równie istotny.

 

Max Jacob pisarz i przyjaciel opisał go tak;

 

Dla Dedo wszystko po prostu dążyło w kierunku czystości w sztuce. Jego nieznośna duma, nieugięta niewdzięczność, arogancja. Wszystko to nie wyrażało nic innego jak jego tęsknotę za krystaliczną czystością, całkowitą szczerością w stosunku do samego siebie w życiu i sztuce, a to nie wykluczało zaufania, jakie w nim pokładano. Był cięty, lecz także delikatny jak szkło i, żeby tak rzec, tak nieludzki, jak szkło. I było to bardzo charakterystyczne dla tej epoki, która mówiła wyłącznie o czystości w sztuce.

 

Modigliani do końca już pozostanie nieodgadnioną zagadką, fascynującą i zmuszającą do refleksji kolejne pokolenia. Taki właśnie był. Przeklęty i zepsuty. Przeklęty i wspaniały. Przeklęty i genialny po wieki. Amen.

 

Aneta Bulkowska

Autor wpisu: ag

Wypowiedz się

Musiszsię zalogować aby dodać komentarz.